Historia pewnej książki.

Pamiętam, kiedy rozmawiałem pierwszy raz z inspektorem Tomaszem Michalikiem. Pamiętam jakby to było wczoraj. Wróć! Jakby to było dzisiaj.

Spotkaliśmy się na Bulwarze Bilgarska, spowitym mgłą, którą rozdzierały oślepiające promienie słońca. On, wtedy jeszcze obiecujący inżynier. Ja, stojący przed tysiącem wyborów, nie bardzo wiedząc, które drzwi otworzyć, bo kto do cholery wie, co jest za każdymi zamkniętymi drzwiami? Ale nie było wtedy rozmów o zamkniętych drzwiach, o wyborach. Była rozmowa o niczym. Tak zwyczajnie. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy nie bardzo wiesz ile możesz drugiemu człowiekowi o sobie opowiedzieć, a i on też nie wie, na ile się można przed tobą otworzyć.

Spotkań na tym bulwarze odbyliśmy jeszcze mnóstwo. Wielogodzinne rozmowy, jak partie, w których stawką było odkrywanie siebie, odnajdywanie wspólnych mianowników i zdziwienie, że taka ich mnogość. Polubiliśmy się.

                                                                                     ***

 – Chłopie, ty powinieneś pisać!

 – Ale jak to pisać? Tak po prostu?

 – Pisać, pisać, pisać. W zasadzie to nie powinieneś robić nic innego. Ty chyba lubisz to robić?

 – Ja wiem? Lubię. Tak, lubię pisać.

 – To pisz! Przecież to dla Ciebie tak proste, jak dwa plus dwa. To jest talent. Tylko musisz spełnić jeden warunek.

 – Warunek? To ja nie mogę pisać sobie tak bezwarunkowo?

 – Musisz pisać po polsku. Przecież rozmawiamy już tyle godzin i słyszę, że nie jesteś  głupi facet, to dlaczego nie piszesz po polsku?

Fakt. Duże treści pisane tak, jakby to były pospiesznie tworzone wiadomości na (jeszcze wtedy) GG, gdzie odbiorca wszystko zrozumie. Wie kiedy kończysz zdanie, gdy nie ma w nim kropki. Znajdzie sens, gdy zjesz liter jedną czy pięć. Taki rozmówca wybacza. Inspektor Michalik nie wybaczał.

Początek znajomości to nie jest czas, kiedy robi się komuś uwagi i wytyka błędy. Jeżeli komuś zależy na czyjejś sympatii, to dozuje wszelką krytykę, albo unika jej w ogóle. Ale nie inspektor Michalik.

Co mogłem zrobić? Tylko podziękować. Podziękować za szczerość, za dobrą radę i za to, że nie przymykał na to oczu wiedząc, że to co chciałem napisać, a to jak pisałem, to jest sprzeczność nie do pogodzenia i nie można pozwolić na takie traktowanie słów, zdań, wersów.

                                                                                      ***

 – Chłopie, ale dlaczego Ty nie piszesz? Miałeś pisać przecież! Tyle razy Ci mówiłem. Pisz!

 – Ale kto to będzie czytał?

 – Jak to kto? Cały świat!

 – Tomalik, daj mi już spokój, co?

 – Spokój to Ci dam, jak napiszesz książkę.

 – Ha! Książkę! Żeby to było takie proste. Tak weź i napisz sobie książkę, w ogóle o czym?

 – O czym? To ja ci powiem o czym…

Wtedy otworzył szeroko drzwi, za którymi była jego praca a przede wszystkim pasja, która mnie przerażała. Jak wielu miałem to przerażenie zapisane w genetycznym kodzie. Bo strach przed pająkiem wielkości dłoni jest chyba naturalny. Ale te drzwi otwarte tak szeroko, gospodarz zaprasza, czujesz się pewnie i bezpiecznie. Przepadasz bez reszty. Powoli wszystko zaczyna się układać. Każda rozmowa, każdy wątek, wspomnienia, opowieści. Chyba to ulepię. Napiszę po prostu pierwszy rozdział, a potem zobaczę…

                                                                                         ***

– To ile już napisałeś?

– 200 stron!

– Eee! Myślałem, że więcej

– Ale jak to więcej!

– No więcej, więcej. Grzebiesz się niemiłosiernie. Jak ty pierdzielisz się tyle z pierwszą książką, to ile ja będę czekać na drugą?

– Drugą?!

– A co ty myślałeś? Wiesz ilu jest takich, co napisali pierwszą książkę, a potem uznali, że zdobyli już najwyższy szczyt i nie trzeba już nic od siebie wymagać? To ja ci powiem ilu. W cholerę ich jest. Ile ta twoja książka ma mieć stron?

– Kurczę, nie wiem. Pewnie jeszcze drugie tyle.

– To tylko tyle światu masz do opowiedzenia? Proszę cię. Nie zajmuj się pierdołami tylko pisz. Co ty teraz robisz?

– Robię sobie obiad. Nic jeszcze dziś nie jadłem. Wiesz jak u mnie z tym jedzeniem.

– Obiad robisz? A powinieneś pisać…

                                                                                    ***

Kolejne tygodnie spędzone na wyścigu z oczekiwaniami inspektora, bo po kilku rozmowach już nie czułem, że robię to tylko dla siebie i muszę sprostać oczekiwaniom tego wyjątkowo wybrednego typa. Bo nie lubi byle czego, nie trawi popeliny, brzydzi się bylejakością. Przecież nie po to powierzył mi tyle historii i swoich sekretów, żeby wyszło z tego to, czym niektóre plemiona oblepiają swoje szałasy z liści, czyli gówno. Skończyłem, wreszcie skończyłem.

– No i co? Da się? Można? Wszystko można.

– Jestem wykończony tą historią. Muszę odpocząć.

– Byle nie za długo, bo na tę książkę czekałem 10 lat.

– Weź, jak dziesięć lat, jak powstała w niespełna rok!

– A kiedy powiedziałem ci pierwszy raz, że powinieneś pisać?

Faktycznie. Minęło już 10 lat od pierwszego spotkania. 10 lat przyjaźni zrodzonej z rozmów o niczym, a przecież miał tyle do opowiedzenia, że wyszła z tego książka. Teraz się odgraża, że jeszcze nie skończył opowiadać. Mija ledwie jeden dzień i już dzwoni:

– Co robisz?

– Dopiero wstałem, coś się stało? Jest…cholera jest szósta rano!

– To ty sobie śpisz, a powinieneś pisać. Pięknie. Rób tak dalej…

Ten post ma jeden komentarz

  1. Bardzo ciekawa historia. Czekam już na swój egzemplarz. Pozdrawiam autora i inspektora!

Dodaj komentarz

Zamknij