Historia pewnej okładki

„Nie oceniaj książki po okładce!” – to przysłowie ma swoje odniesienie nie tylko do sfery literackiej  i próbuje się nim tłumaczyć, że kiepskie opakowanie nie zawsze stanowi o tym, że co pod nim jest bezwartościowe i niewarte uwagi. Tak jak choćby opakowany w kiepskie ubrania człowiek, może mieć piękne i bogate wnętrze. Mogę sypnąć jeszcze szuflę banałów i złotych myśli, wyciągniętych ze złotych ust Palło Kołejlo, ale nie tym razem. Teraz o prawdziwej okładce, prawdziwej książki, która wbrew porzekadłom jest dość istotna i często decyduje o tym, czy chcemy książkę w ogóle wziąć do rąk. Prawda jest taka, że nawet wspaniałą książkę możemy ominąć, bo nie przyciąga w niej ten element, na który niby to mamy nie zwracać uwagi, a jednak zwracamy. 

Kiedy książka jest już ukończona, to pojawia się  ta myśl o tym, że trzeba będzie ten stos stronnic w coś obłożyć i powinno to jakoś wyglądać. Ktoś musi zrobić to za mnie, bo o ile wydaje mi się, że zdania klecę przyzwoicie, to w kwestiach grafiki jestem noga. Oczywiście w wyobraźni jestem w stanie zaprojektować wszystko, a artystyczna wizja jest tak zawiła, że ciężko ją nawet komuś przekazać. W takich sytuacjach należy udać się do specjalisty, który za mną nadąży i będzie potrafił oddać złożoność wizji w formacie A5. Po konsultacjach, musiałem sprawdzić ceny nerek na czarnym rynku i zdecydować, czy dalsze lata życia poradzę sobie z jedną, bo grafik specjalista ceni się jak każdy fachowiec, a przy moich pomysłach ceni się podwójnie. Pozostanie mi chyba minimalizm i może tak zwyczajnie litery, tytuł, nazwisko i jakiś pająk z darmowej grafiki do użytku komercyjnego. Jakby był jakiś fajny ze znakiem wodnym, to pacnę czerwoną plamę, że niby krew. Zabójczy pająk.

Tak jak zupełnym przypadkiem poznałem inspektora Michalika, narratora „Arachne”, tak jeszcze większym przypadkiem poznałem projektanta okładki, z którym jako sojusznik stoczyłem mnóstwo wojen, ubiliśmy nieprzebrane roje potężnych bestii, ramię w ramię walczyliśmy ku chwale naszego sojuszu. Ja, on i jeszcze cała banda, bo w tej grze, gdzie się układa kolorowe klocki, ekipa ma 30 osób. Gra ciekawa, wymagająca i szczęścia i taktycznego zmysłu.

Ważny czynnik gry, to właśnie ten, że za awatarami walecznych mężów i wojowniczek stoi człowiek żywy. To człowiek zostawia wiadomości w systemowym komunikatorze. Nawet, jeśli nieznany, niewidziany, to żywy. Tak jak ja, szuka tam rozrywki, relaksu i czasem też towarzystwa. Sporo ciekawych rozmów, bo kiedy można schować twarz za kolorową grafiką, to nie trzeba nikogo udawać, można pozwolić sobie na szczerość, wyrażać poglądy, z którymi na co dzień wolimy się wstrzymywać. Szczerość, to jednak nie zawsze w cztery oczy i twarzą w twarz. Oczywiście można tam też kłamać. Tylko po co? Żeby nasz awatar nabrał żywszych odcieni? To tak nie działa. Nie ma potrzeby.

Tak więc pewnego dnia, kiedy mój własny projekt okładki nadawał się jedynie na wystawę sztuki tak nowoczesnej, że tylko autor wie co jest grane, postanowiłem zapytać, czy wśród wojowników jest ktoś, kto ogrania tego rodzaju zagadnienia i jest chętny mi pomóc. No i – jak to teraz się popularnie pisze na różnych tablicach – nie za miliony!

 – A czego konkretnie potrzebujesz? – odpisał jegomość, skryty pod awatarem uśmiechniętego zakonnika.

Nie muszę, jak sprzedający na Facebooku części do poloneza, pisać „priv”, tylko wyznaję szczerą prawdę, że potrzebuję okładki do książki, którą pod presją inspektora Michalika popełniłem.

– Chyba będę mógł ci jakoś pomóc. Odezwij się na „priv”, to obgadamy temat.

Czyli bez znaczenia, czy sprzedajesz części, czy robisz okładkę. Jednak „priv”.

Tak więc roztoczyłem przed kolegą cały wachlarz moich urojonych wyobrażeń, poczęstowałem krótkim opisem treści, postarałem się oddać możliwie dużo klimatu powieści, nie zdradzając zbyt wiele z fabuły. Okładka musi nawiązywać do książki, której nie znasz. I weź takiemu pomóż.

Nie mija doba, gdy dostaję na skrzynkę trzy propozycje, a przy jednej z nich serce zaczyna bić szybciej.  Szybkie  poprawki  i … okładka gotowa. Podoba mi się na tyle, że nie chcę już innej, nawet za cenę funkcjonowania z jedną nerką do końca mych dni.  

– To ile tobie za to cudo?

– Nic

– Jak to nic?

– No nic. Opłacisz koszty licencji, wyślesz mi książkę z dedykacją i będziemy kwita.

Zamurowało mnie. Jak zawsze, gdy dostaję coś za darmo w tym świecie, w którym przecież za darmo nic nie ma.    Nieznany mi bliżej kolega, skryty pod maską serdecznie uśmiechniętego mnicha, okazuje się równie serdeczny jak postać  z kolorowego obrazka. Kiedy przychodzi do wykonania pełnej okładki, z wszelkimi niezbędnymi elementami, z dostosowaniem jej do wymogów drukarni, to pomaga mi, zarzucając chwilowo swoje obowiązki i dalej nic ode mnie za to nie chce. Ale to nic. Poza książką. Kolejny przypadek postawił mi na drodze niezwykłego człowieka, który pomógł, bo mógł i chciał to zrobić. Bez kalkulacji, bezinteresownie, choć z racji profesji, za takie właśnie projekty kasuje pieniądze. Większość okładek tworzy grafik, biegły w obsłudze odpowiednich programów. Okładkę „Arachne” tworzył także grafik, zakochany w szachach, posiadacz uprawnień sędziowskich i instruktorskich  w brydżu, v-ce Mistrz Polski par Mixt, Mistrz Warszawy par juniorów, a przede wszystkim człowiek  z sercem na dłoni. Takiego właśnie niezwykłego mnicha poznałem przez płynące strumieniem sieciowe dane, w grze, gdzie układa się kolorowe klocki. Mogę to tłumaczyć prawami karmy, która wraca do mnie, bo sam równie chętnie wyciągam pomocną dłoń, gdy ktoś jej akurat potrzebuje. Ktoś, kto nie wierzy w takie zależności, określi to jako czysty przypadek. Dla takich mam myśl Friedricha Schillera, która z racji wielu (niby) przypadków w procesie twórczym, musiała znaleźć się także w „Arachne”:

„Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł”

Dzięki Wojo!

Dodaj komentarz

Zamknij